SPOTKANIA NA KRAŃCACH ŚWIATA BŁAŻEJ HRAPKOWICZ  Werner Herzog nie lubi Księgi Rekordów Guinnesa. W jego najnowszym dokumencie pełni ona rolę dowodu na szkodliwość cywilizacji i kultury masowej. Tani poklask i uznanie, jakie zdobywa mężczyzna bijący rekordy w pokonywaniu dystansów coraz dziwniejszymi sposobami, to dla niemieckiego reżysera wręcz symbol upadku człowieka. Tym bardziej bolesnego, że trywializacji ulega tu idea podróży - odbywanej nie dla błysku fleszy i sławy, lecz z autentycznej potrzeby odkrywania. Herzogowi, temu odżegnującemu się od romantyzmu, a jednocześnie tak bardzo romantycznemu wizjonerowi, ta idea zawsze była bliska. Wyprawiając się na Antarktydę, realizuje on w pewnym sensie archetyp wędrowca-odkrywcy, kierowanego szalonym wewnętrznym głosem, każącym zagłębiać się w najdalsze zakątki świata. Tam spotyka innych podobnych sobie, dociera do kolejnych Herzogowskich bohaterów. Kto wie jednak, czy najważniejszą postacią w "Spotkaniach..." nie jest Sir Ernest Henry Shackleton, który w 1909 r. podjął słynną zuchwałą próbę zdobycia Bieguna Południowego. Postać Irlandczyka służy bowiem Herzogowi nie tylko jako ucieleśnienie ideału podróżnika, ale spełnia również rolę narracyjnej i historycznej klamry. Herzog zdaje się w pewnym sensie powtarzać gest Shackletona, interpretowany jako ucieczka od cywilizacji w poszukiwaniu nieznanego. To właśnie czyni autor "Stroszka" w swych filmowych wojażach, to samo czynią ludzie, których spotyka w brudnym, "przypominającym miasteczko górnicze" McMurdo na Antarktydzie. Tworzą oni iście kalejdoskopową mieszankę: podróżniczka, która przejechała pół Afryki w śmieciarce, ciężko doświadczony przez totalitaryzm mechanik-obieżyświat, filozof operujący koparką, lingwista pracujący w szklarni. Wszyscy uciekli od zgiełku miast, wojen, polityki - prosto w lodową pustkę. Antarktyda, być może jedyne miejsce na świecie tknięte przez cywilizację w stopniu minimalnym, jest dla nich rajem. W jej chłodzie i obojętności odnajdują ukojenie dla niespokojnego ducha.
Bohater, który jest głównym nośnikiem poglądów reżysera: to charakterystyczna cecha kina Herzoga. Także dokumentalnego. W "Grizzly Man" Timothy Treadwell uosabiał tragiczne rozdarcie człowieka - wyrywającego się z ciasnej klatki cywilizacji w stronę natury, która jednak nie może być ratunkiem, okazuje się twarda, bezlitosna. "Spotkania na krańcach świata" przynoszą kolejny w dorobku Herzoga wywiedziony z romantycznej tradycji wizerunek przyrody: siły tyleż groźnej, co pięknej i fascynującej. Jak na obrazach Kaspara Davida Friedricha, których wpływ na twórczość Herzoga jest bardzo wyraźny, na jej tle pojawia się człowiek. Mały, w porównaniu z nią wręcz mizerny, pozostaje mimo wszystko istotą ciekawą - zwłaszcza, gdy próbuje przyrodę zrozumieć. Choćby w niewielkiej części opanować rozumowo procesy, które są od niego niezależne, ogarnąć potęgę, której ogromu nie sposób sobie wyobrazić. Bo natura w "Spotkaniach..." jest po Kantowsku wzniosła - zachwyca doskonałością proporcji i monumentalizmem, ale też przytłacza i niepokoi.
Wyjeżdżając z McMurdo ("Musiałem to zrobić. Tu jest nawet bankomat" - mówi snujący narrację zza kadru Herzog), reżyser spotyka grupy naukowców. Równie dziwnych i ekstrawaganckich, co mieszkańcy miasteczka, rozsianych po zdającym się nie mieć końca lodowym oceanie. Granie rockowych koncertów na dachu kontenera tudzież słuchanie "brzmiących jak Pink Floyd" fok stanowią przerywniki w ich pracy - pełnej zaskakującej pokory wobec przyrody i pasji towarzyszącej odkrywaniu jej mechanizmów. Używając środków stricte dokumentalnych, Herzog w niesamowity sposób buduje obraz zapierającego dech w piersiach całego kosmosu, który każe z politowaniem patrzeć na osiągnięcia ludzkości. Obserwując tę rzeczywistość i ją komentując, czy to słowami czy to podniosłą, wytrącającą z równowagi muzyką, Herzog dokonuje rzeczy niebywałej - daje autentyczne poczucie obcowania z czymś niepojętym i niewiarygodnym. I choć te słowa bywają nadużywane w obliczonej na szokowanie popkulturze, tu pasują idealnie. Herzog bowiem nie musi nikogo na siłę przekonywać, nie musi stawiać wykrzykników. Jego film po prostu jest przesiąknięty metafizycznym niepokojem - nie wykalkulowanym, tylko wypływającym jakby naturalnie z oszałamiających wizualnie kadrów. "Nurkowie przygotowujący się do zejścia pod wodę przypominają mi księży przed mszą" - mówi Herzog. Na poziomie emocjonalnym "Spotkania na krańcach świata" uderzają mocno, wprawiając w stan niemalże religijnej kontemplacji. Mało jest autorów, którzy potrafią zrobić film prawdziwie mistyczny i dotknąć sfery niewyjaśnialnego bez bufonady i zabawy w reżyserskiego boga. Ot tak, lekką ręką. Herzog bez wątpienia należy do tej nielicznej grupy.
W "Spotkaniach na krańcach świata" ujawnia się w pełni specyficzny styl, w jakim utrzymane są dokumenty Herzoga. Na mapie kina dokumentalnego, która imponuje estetyczną różnorodnością, znalazł reżyser własną enklawę. Rytm podglądanej natury narzuca powolne, refleksyjne tempo opowiadania - złożonego i wielowątkowego, choć podporządkowanego w pełni określonej filozofii. Na Antarktydzie znajduje bowiem Herzog nie tylko przeżycia duchowe, ale również wspaniałą okazję do przeprowadzenia właściwej sobie analizy kondycji ludzkości i snucia profetycznych wizji jej, zdaniem artysty, nieuchronnego wyginięcia. Znamionujące arogancję człowieka przeświadczenie o własnej wielkości przeciwstawia Herzog żelaznym prawom ewolucji. Natura sobie z nami poradzi i skończy się nasza krucha hegemonia. Z pożytkiem dla planety - dodaje bez cienia żalu reżyser. A co po nas zostanie? Herzog pokazuje, jak w podziemnych korytarzach ludzie zostawiają przedmioty, wytwory cywilizacji. Być może tylko one przetrwają - jako ślady dawnej, cokolwiek fałszywej wielkości.
W konstrukcji cywilizacyjnego kolosa rolę glinianych nóg spełnia technologia. Jednak najciekawszy paradoks, jaki wypływa z filmu Herzoga, polega na tym, że to właśnie ona pozwala na eksplorację terenów niezbadanych, daje możliwość choćby chwilowego otarcia się o metafizykę. Naukowcy szukający nieznanych form inteligencji, filmowiec czyniący z kamery medium dla irracjonalnych stanów świadomości - w ich działalności tradycyjne Eliasowskie rozróżnienie na "duchową" kulturę i "materialną" cywilizację wydaje się rozmywać. "Spotkania na krańcach świata" w niezwykły sposób łączą te dwie sfery, które składają się na jedno z największych dokonań Herzoga. Autor "Fitzcarraldo" stworzył film mocno osadzony w niemieckiej tradycji kulturowej, a jednocześnie sprytnie się jej wymykający. Udało mu się wykreować wizję o wielkim rozmachu i sile. Wizję tajemnicy, której nie odnajduje bynajmniej w filozoficznych traktatach, ale w pingwinie odłączającym się nagle od stada i rozpoczynającym samotną wędrówkę na pewną śmierć. Herzogowi - i widzom - pozostaje tylko cudownie bezradne: "Dlaczego?"
Encounters at the End of the World Scenariusz i reżyseria Werner Herzog. Zdjęcia Peter Zeitlinger. Muzyka Henry Kaiser, David Lindley. Produkcja Creative Differences - Discovery Films - Discovery Channel, USA 2008. Dystrybucja Against Gravity. Czas 99 min
Błażej Hrapkowicz, Spotkania na krańcach świata, „Kino” 2008, nr 10, s. 88-89.
© Fundacja KINO 2008 |