Strona główna » Recenzje » Skandal. Ewenement Molesty
Skandal. Ewenement Molesty
l~|icon_pencil-edit~|elegant-themes~|outline

Konrad J. Zarębski

Bartosz Paduch ma doskonały słuch. Nie chodzi tylko o słuch muzyczny, nieodzowny przy dziele – w jakimś stopniu – poświęconym muzyce. Słuch reżysera był wyczuwalny już w jego etiudzie „x2”, która wygrała w swojej kategorii festiwal „Młodzi i Film” w 2006 roku. Była to historia dwóch chłopaków, którzy po jakiejś zadymie trafiają na policyjny „dołek”. Poza komisariatem stoją po dwóch stronach barykady, ale za kratą sytuacja się zmienia. Okazuje się, że noszą to samo nazwisko, w domyśle są więc przyrodnimi braćmi, ale nie to jest najważniejsze. Na dołku uczą się, że trzeba być razem, żeby się przeciwstawić opresyjnemu państwu. Tak, państwu – wszak policjant od zawsze był symbolem władzy, a więc państwa. A że policjanci w „x2” pozwalają sobie na nadużycie władzy, co było wówczas, na przełomie stuleci, zwyczajną praktyką w stosunku do subkultur (wszystkich, a nie tylko, jak dziś, wybranych), mamy do czynienia z państwem opresyjnym.

„Skandal. Ewenement Molesty” opowiada o tym samym. Z ekranu słychać historię jedną z wielu: oto przed laty ursynowska młodzież spieszy na ustawkę, ale zostaje zatrzymana przez policyjny patrol. Policjanci z bronią w ręku pacyfikują młodych i zawożą na osławiony komisariat przy ulicy Janowskiego (zagrał znaczącą rolę w „Pitbullu. Nowych porządkach” Patryka Vegi). Po nocy spędzonej „na dołku” młodzi wracają na ulice Ursynowa silniejsi o kolejne wspólne doświadczenie. Historia znalazła swój wyraz w rapowanej piosence (balladzie?), którą wkrótce nucił cały młody Ursynów, bezczelnie patrząc w twarze funkcjonariuszy patrolujących okolicę.

To było w czasach, kiedy Ursynów ciągnął się od Kopy Cwila (gdzie teraz odbywają się koncerty podczas Dni Ursynowa) do kościoła Wniebowstąpienia Pańskiego. Dziś, kiedy opiera się o Las Kabacki, o młodzieżowych ustawkach nie słychać (choć jeszcze stosunkowo niedawno, parę lat temu, doszło do konfrontacji w tzw. Lasku Brzozowym na Natolinie), nie słychać też o Moleście. Ursynów ma 40 lat i zapewne z hip-hopu wyrósł. Co nie znaczy, że nikt tu nie rymuje i nie próbuje kariery estradowej w branży niezależnej, często pod patronatem członków Molesty, prowadzących własną wytwórnię płytową. Inna sprawa, że Molesta jako zespół nie istnieje, prace nad kolejną, szóstą płytą zarzucono, a panowie spróbowali realizować się samodzielnie.

Ale dla Bartosza Paducha nie jest szczególnie istotne, jak członkowie Molesty – Piotr „Vienia” Więcławski i Paweł „Włodi” Włodkowski – mają się obecnie, ważne jest to, jak zaczynali: o tym właśnie opowiadają przed kamerą. W przeciwieństwie do Ameryki, gdzie rap był narzędziem równouprawnienia mniejszości etnicznych w tzw. kulturze ulicy (kultura hip-hopowa), w Polsce ten dynamiczny i nie przebierający w słowach gatunek muzyczny stał się wyrazem protestu przeciwko kapitalizmowi. Narodził się na początku lat 90. XX wieku i od początku był wyrazem sprzeciwu wobec rozdźwięku między rzeczywistością a tym, czym miała być przemiana ustrojowa.

fot. Sergiusz Niedzielski / SEGA / Best Film

Amerykańskie content (treść), flow (rytm) i delivery (przekaz) stały się wzorcem, w który młodzi z blokowisk Ursynowa wpisali swoje rozczarowanie. Zmiana ustrojowa dla wielu oznaczała obniżenie statusu materialnego czy wręcz zachwianie podstaw egzystencji. Z punktu widzenia blokersa, mieszkańca blokowiska, jeden opresyjny system zastąpiono innym, a każdy odruch protestu tłumiono bądź zagłuszano. Z kolei dla dziennikarzy muzycznych, którzy – jak Bogna Świątkowska czy Hieronim Wrona – zainteresowali się polskim rapem, rodzimy hip-hop był przede wszystkim mocną odpowiedzią na amerykańskie zjawisko kulturowe. W rzeczywistości jednak mieliśmy wtedy do czynienia z czymś, co w polskiej kulturze było nieobecne od kilkudziesięciu lat: z narodzinami współczesnego miejskiego folkloru. Nie znaczy to, że w czasach komunistycznych folklor miejski nie istniał: owszem, był dopuszczany w formach koncesjonowanych – jak piosenki Jaremy Stępowskiego, felietony Stefana Wiecheckiego „Wiecha” czy Orkiestra z Chmielnej śpiewająca ballady Grzesiuka. To, co mieli do zaproponowania chłopcy z Molesty, Kalibru 44 czy Paktofoniki było czymś świeżym, a przede wszystkim aktualnym. A poza tym – z powodu tej aktualności szybko znajdującym słuchacza. Zwłaszcza takiego, który chciał usłyszeć o swoich ponurych doświadczeniach od kogoś innego.

I tu pojawia się problem dotarcia do takiego słuchacza w czasach, kiedy Internet dopiero raczkował, a wrzucony w realia wolnego rynku przemysł fonograficzny szukał swoich ścieżek. Tu Paduch staje się przezroczysty, daje głos obu stronom, niczego nie komentuje. Tymczasem zderzenie muzyków (jeszcze) amatorów z realiami branży było równie bolesne jak doświadczenia ich słuchaczy w zderzeniu z tzw. prawdziwym życiem. Najkrócej ujmując, historia Molesty w kontakcie z fonografią do złudzenia przypomina dzieje grupy Hej – mimo innego studia i innych ludzi próbujących sterować ich karierami.

Stawanie Molesty na nogi, podobnie zresztą jak stawanie na nogi całego polskiego hip-hopu – miejskiej kultury niezależnej – musiało zająć kilkanaście, nawet 20 lat. Bartosz Paduch opowieść o tych 20 latach nazywa tytułem pierwszej płyty grupy – „Skandal” i zaraz dodaje parafrazę bodaj trzeciej nazwy zespołu, Molesta Ewenement. Istotnie, mamy do czynienia z wydarzeniem szczególnym: oto kilku chłopców z Ursynowa nie tylko zdołało wykrzyczeć frustrację swego pokolenia, wchodzącego w dorosłość z transformacją ustrojową, ale zrobiło to w taki sposób, że zostali usłyszani. Co więcej – skandal czy ewenement? – sukces ich nie zepsuł, zdołali utrzymać się w branży i wskazywać drogę innym.

I tylko szkoda, że tej szóstej płyty, nie licząc soundtracku z filmu Paducha, nie będzie.

KONRAD J. ZARĘBSKI

Kino nr 10/2020, © Fundacja KINO 2020

Skandal. Ewenement Molesty

Scenariusz i reżyseria Bartosz Paduch. Zdjęcia Bartosz Bieniek, Krzysztof Kowalski, Grzegorz Myjkowski. Muzyka Molesta Ewenement. Polska 2020. Czas 70 min

Dystrybucja kinowa Best Film

Skip to content