Strona główna » Recenzje » Biały Lotos
Biały Lotos
l~|icon_pencil-edit~|elegant-themes~|outline

Jakub Żulczyk

Czasami telewizja zupełnie nie jest tym, czym się wydaje, i taką telewizją jest właśnie „Biały Lotos”, przez pierwszą sekwencję sprawiający wrażenie typowego, streamingowego, kryminalnego produkcyjniaka.

Zaczynamy od końca, forward-spekcją: turyści na lotnisku obserwują ładowane do samolotu ciało, umieszczone w drewnianej skrzyni. Serial sugeruje nam, że od tej pory będziemy szukać odpowiedzi na jakże oryginalne pytania „Co się właściwie stało?” oraz „Kto zabił?”. Przez pierwsze minuty wydaje się, że wszystko, co może wyróżniać tę produkcję, to lekko wyższy od średniej production value oraz ciut przesłodzony, nieoczywisty styl wizualny (miękkie, ciepłe zdjęcia, w tonacji kolorystycznej „przez rajstopy”).

Jednak sformatowany, napisany i wyreżyserowany przez Mike’a White’a serial staje się ze sceny na scenę coraz mniej oczywisty. Okazuje się, że w losach bohaterów „Lotosu” – zarówno gości, jak i obsługi tytułowego ekskluzywnego resortu na Hawajach – intryga kryminalna wcale nie jest najważniejsza, jest li tylko rozpiętą nad całością, fabularną struną, mającą trzymać uwagę widza przy gęstej, napiętej opowieści. Jest to nie do końca potrzebny, a nawet trochę asekurancki zabieg ze strony scenarzysty – relacje między bohaterami niosą ze sobą taki ładunek napięć, i dramaturgicznych, i politycznych, że pod koniec tej przejażdżki musimy sobie przypomnieć, że na początku serialu w ogóle pojawił się jakiś trup.

„Biały Lotos” to gatunek rzadko dzisiaj spotykany, czyli nie oszczędzająca nikogo, szeroko zakrojona społeczna satyra. Goście hiperekskluzywnego hawajskiego resortu, w którym drinki zamawia się siedząc na zanurzonym pod wodą, zainstalowanym w basenie stołku, to tragikomiczna banda ludzi bardzo białych i bardzo uprzywilejowanych.

Tanya (Jennifer Coolidge, która zapisała się wielkimi zgłoskami w historii kina jako mama Stiflera w „American Pie”, 1999) to zdewastowana psychicznie i fizycznie dziedziczka, która przyjeżdża na Hawaje rozsypać prochy swojej matki. Rachel (Alexandra Daddario) i Shane (Jake Lacy) to młode małżeństwo w czasie miesiąca miodowego – ona właśnie awansowała przez ślub, z prekariatu do klasy posiadającej, on, w stanie wiecznego zadowolenia z siebie, obsesyjnie próbuje załatwić sprawę przydzielonego im złego apartamentu – chociaż ten, w którym mieszkają, przekracza wszystkie standardy luksusu, do których przyzwyczaiła się ona. Nicole (Connie Britton) jest prezeską wielkiej internetowej wyszukiwarki, neoliberalną rekinką krzemowego sukcesu; podczas wakacji towarzyszą jej fajtłapowaty mąż, kompulsywnie masturbujący się syn oraz córka (Sidney Sweeney, znana z „Euforii”, 2019), która wraz z koleżanką, w wakacyjnej przerwie od college’u, zajmuje się lekturami Freuda, werbalnym obalaniem białego systemu kapitalistycznej opresji i ćpaniem wszystkiego, co się nawinie – a to wszystko oczywiście za pieniądze mamy.

Fred Hechinger, Steve Zahn

Po drugiej stronie mamy obsługę hotelu – odstawiających rustykalne cyrki Hawajczyków, pauperyzujących resztki rdzennej kultury po to, aby przeżyć i się utrzymać: Armonda (Murray Bartlett), menedżera resortu, neurotycznego geja próbującego z trudem utrzymać pięcioletnią trzeźwość, oraz szefową spa, Belindę (w tej roli komiczka i pisarka Natasha Rothwell), czarnoskórą kobietę w średnim wieku, marzącą o założeniu własnego interesu i jednocześnie zdającą sobie sprawę z tego, że to nigdy się nie wydarzy.

Nie ma sensu zdradzać fabuły „Białego Lotosu” – proszę mi wierzyć, że jest to opowieść, w której ludzkie charaktery, oraz nienaruszalny charakter socjoekonomicznego wyzysku (a tak naprawdę nierozerwalny splot jednego i drugiego), doprowadzają do przepięknej katastrofy. Pod płaszczyzną zwrotów akcji, czarnego humoru, niebywale błyskotliwych dialogów kryje się jedno przesłanie – cała rewolucja kulturowa, w której uczestniczy Zachód, całe to symboliczne samoukaranie uprzywilejowanych i próba stworzenia nowych, równościowych narracji, są smutną i pustą fikcją.

Możemy nakręcić setki filmów i seriali o osobach LGBT, możemy siłą zmieniać język i zwyczaje, aby stworzyć pozory równości i wzajemnego szacunku, możemy wrzucać hashtagi #BlackLivesMatter (która to nazwa jest w tym serialu bohaterem jednej z tragikomicznych pomyłek), ale nie zmienimy wielkiej niesprawiedliwości tego świata. To biały, heteroseksualny, a przede wszystkim bogaty człowiek wciąż narzuca obowiązujące narracje, jakobinami nowej rewolucji są jego rozpieszczone, zamknięte na elitarnych campusach dzieci, a prawdziwe mniejszości, seksualne i etniczne są wciąż jedynie petentami przy jego biurku, akuszerami jego dobrego samopoczucia. Świat dookoła nas płonie, gospodarka kapitalistyczna dochodzi do granicy sensu i wydolności, a bogaci tego świata siedzą zamknięci w ekskluzywnym kurorcie. Nie spotkałem się jeszcze z filmem bądź serialem, który pokazywałby tę prawdę tak dosadnie, bezwzględnie i szybko. Jakieś wyjście z sytuacji jest możliwe, na indywidualnym poziomie – zdaje się mówić finał serialu. Ale po pierwsze, jest to rozwiązanie tak eskapistyczne, że aż nierzeczywiste, a po drugie, nie będę go Państwu zdradzał, aby nie psuć zabawy.

„Biały Lotos” przypomniał mi znaną anegdotę, którą opowiadał cybernetyk Douglas Rushkoff, znany pisarz i publicysta, teoretyk mediów i szeroko pojętej cybernetyki. Zaproszony do Doliny Krzemowej na wygłoszenie wykładu o przewidywaniu zagrożeń w skali makro, na miejscu został zapytany wprost: „Gdy TO już się stanie (TO, czyli koniec cywilizacji, jaką znamy, z powodu katastrofy klimatycznej, nuklearnej, etc. – przyp. aut.), to jak mam sprawić, aby nie zabiła mnie moja ochrona, skoro pieniądze nie będą miały już żadnego znaczenia?”.

O tym świecie traktuje właśnie „Biały Lotos” – świecie na granicy ostatecznego pęknięcia, tuż przed kompletnym zerwaniem umowy społecznej, świecie, w którym jeszcze działa kapitał, jako siła tworząca hierarchię, zapobiegająca rozlewowi krwi. Jeszcze działa, ale zaraz przestanie. Nie mamy alternatywy. Fikcje, które tworzymy, powodują jeszcze więcej cierpienia i tylko pogłębiają podziały, które chcemy zasypać. Ta mocna, jasna diagnoza to bardzo dużo. Zwłaszcza jak na serial telewizyjny z trupem na początku.

JAKUB ŻULCZYK

Kino nr 9/2021, © Fundacja KINO 2021

The White Lotus

Reżyseria i scenariusz Mike White. Zdjęcia Ben Kutchins. Muzyka Cristobal Tapia de Veer. Wykonawcy Murray Bartlett, Connie Britton, Jennifer Coolidge, Alexandra Daddario, Steve Zahn, Sydney Sweeney. USA 2021. Czas 6 x ok. 58 min

HBO GO

Skip to content