Strona główna » Recenzje » Martin Eden
Martin Eden
l~|icon_pencil-edit~|elegant-themes~|outline

Adam Kruk

Pietro Marcello od 15 lat uprawia twórczość osobną i nieco hermetyczną. To jeden z najciekawszych współczesnych włoskich reżyserów a jednocześnie jeden z najmniej znanych – przynajmniej w Polsce. Zmienić to może premiera jego najnowszego filmu (stało się tak już w Stanach, gdzie w październiku nowojorskie Lincoln Centre zorganizowało mu retrospektywę), najbardziej z dotychczasowych „przyjaznego widowni”.

Marcello zawsze uparcie zacierał granicę między dokumentem a fikcją – tak było w „Pięknej i utraconej” (2015), zanurzonej w neapolitańskiej mitologii, czy w filmie „W paszczy wilka” (Teddy Award na Berlinale 2010) o miłości kryminalisty z portowej dzielnicy Genui i jego transseksualnej partnerki. W tych i innych utworach reżyser namiętnie wykorzystywał technikę found footage, pracując na archiwaliach, których tyleż zręczny, co poetycki montaż wchodził w dialog z sytuacją egzystencjalną współczesnych bohaterów, miejsc czy zjawisk (o twórczości artysty pisze w „Kinie” 4/21 Andrzej Pitrus – przyp. red.).

Nie inaczej jest w „Martinie Edenie”, gdzie na warsztat Marcello wziął psychologiczno-marynistyczną powieść Jacka Londona z 1909 roku. Adaptacja to dość swobodna, osadzona zamiast w Oakland w Neapolu, w którym reżyser spędził kilka wczesnych lat życia. Jak się jednak okazuje, amerykańskie realia początku XX wieku niewiele się różnią od włoskiego Novecento. Jego dokumentalne reprezentacje przeplatają się tu z aktorskimi partiami filmu, które prowadzone są nonszalancko – Marcello łączy czasy i style chociażby poprzez dobieranie bohaterom kostiumów według różnych kluczy czy wprowadzenie jawnych anachronizmów. Ostentacyjna umowność podkreślać ma zapewne uniwersalny wymiar opowieści i rzeczywiście nie sposób go nie odczuć. Widoczny jest on niemal w każdym kadrze filmu – czasem wręcz razi swą nachalnością.

Luca Marinelli

Trzon akcji pozostaje jednak wierny literze powieści. Martin Eden (Luca Marinelli) to marynarz pochodzący z klasy robotniczej. Gdy zawija do portu, mieszka kątem u siostry i jej prostackiego męża. Nie dane mu były uniwersytety, szkołę życia zapewniło morze. Ma jednak wrodzoną inteligencję, błysk w oku i silny kompas moralny. To on każe mu wstawić się za młodzieńcem, szarpanym w porcie przez agresywnego stróża. W podzięce ocalony chłopak zabiera Martina do swojego arystokratycznego domu, gdzie bohater zyskuje nowy cel. Gdy poznaje siostrę chłopaka, Elenę (Jessica Cressy), wpada jak śliwka w kompot. Próbuje z jasnowłosą pięknością rozmawiać po francusku, ale jego odzywki, zasłyszane pewnie gdzieś w marsylskim porcie, nijak mają się do rejestrów Baudelaire’a, którymi posługuje się sawantka. Z włoskim zresztą nie jest lepiej – i tu Elena odsyła chłopaka do elementarza, by opanował użycie trybu congiuntivo.

Żeby zdobyć serce dziewczyny, Martin chce iść do szkoły, z każdym kolejnym krokiem ciężar poniżenia jest jednak coraz większy. Zostają mu więc książki, które czyta pasjami, aż wreszcie… sam zaczyna pisać. Dojrzewa też politycznie, w dużej mierze dzięki lekturze Herberta Spencera, spotkaniom z socjalistami czy przyjaźni ze starym poetą Russem Brissendenem. Wszystko to sprawia, że – trochę jak nasz Wokulski – nie może się odnaleźć w żadnym środowisku czy klasie społecznej: ani tej, z której się wywodzi, ani tej, do której aspiruje. Mierzi go tłum strajkujących robotników, ale i burżuazyjny salon w domu Eleny, odstaje od neapolitańskich handlarzy ulicznych, jak i nadętych kręgów literackich. Zawsze i wszędzie jest sam. Pozostaje mu opiewać indywidualizm, szczególnie własny. „Megaloman” – mówi matka Eleny.

Oprócz oryginalnej konstrukcji czasoprzestrzeni, najlepiej udało się Marcello właśnie ukazanie pewnego tragizmu awansu społecznego. Tego, jak trudno stworzyć spójną tożsamość i znaleźć spokojne miejsce na ziemi (albo chociaż w głowie). Tego, jak ten brak spokoju prowadzi do coraz większej alienacji i frustracji, jak kompleksy karmią narcyzm, jak samotność truje duszę… Za stworzenie przejmującej postaci Martina Edena Luca Marinelli dostał w 2019 roku na festiwalu w Wenecji Puchar Volpiego, sprzątając go sprzed nosa Joaquinowi Phoeniksowi typowanemu do nagrody za „Jokera”. Występ to rzeczywiście brawurowy i bardzo włoski: spektakularny i uwodzący, ale też – a powiedzieć można to o całym filmie – trochę jakby „nadto”, nieco „nazbyt”. Nie sposób go nie podziwiać, ale też trudno chwilami znieść.

ADAM KRUK

Kino nr 4/2021, © Fundacja KINO 2021

Martin Eden

Reżyseria Pietro Marcello. Scenariusz Pietro Marcello, Maurizio Braucci na podstawie powieści Jacka Londona. Zdjęcia Alessandro Abate, Francesco Di Giacomo. Muzyka Marco Messina, Sacha Ricci. Wykonawcy Luca Marinelli, Carlo Cecchi, Jessica Cressy, Vincenzo Nemolato, Marco Leonardi, Denise Sardisco, Carmen Pommella. Włochy – Francja – Niemcy 2019. Czas 129 min

Dystrybucja kinowa Aurora Films

Skip to content