Strona główna » Recenzje » Nasz czas
Nasz czas
l~|icon_pencil-edit~|elegant-themes~|outline

Adriana Prodeus

Codziennie budzimy się w apokalipsie. Postępuje ona coraz szybciej, bo oprócz tempa globalnego ocieplenia wzrosło też tempo wymierania kolejnych gatunków. Według WHO tracimy ich do stu tysięcy rocznie. Martwiejąc z przerażenia na widok własnego dzieła zniszczenia, zapominamy, jak wiele natury, ale i jak wiele kultury trzeba, żeby przetrwał nasz gatunek. A gdyby dać rodzajowi ludzkiemu wszystko, co tylko istnieje? Czy mimo to, kierowany nienasyceniem i autodestrukcją, sam skaże się na wyginięcie?

Ten eksperyment przeprowadza w nowym filmie Carlos Reygadas. Obsadza się w roli uwielbianego poety, Juana, żyjącego na wielkim rancho z rodziną, którą zagrały jego żona i dzieci w ich własnym domu. Podobnie jak w poprzednim „Post tenebras lux” (2012), oglądamy życie meksykańskiego establishmentu, warstwy uprzywilejowanej, którą stać na każdą perwersję – i to stać zarówno finansowo, moralnie, jak i intelektualnie. A perwersją jest nowa forma kultury macho, czyli życie w otwartym związku, ale pod całkowitą kontrolą.

W praktyce wygląda to tak, że mąż nie tyle zgadza się na niewierność, co wręcz namawia żonę do zdrady pod warunkiem, że ona opowie mu wszystko w najdrobniejszych szczegółach. Idealnie, jeśli schadzka odbywa się w specjalnie przygotowanym domku, gdzie małżonek zajmie najlepszą pozycję obserwacyjną, a po akcie porozmawia z jego uczestnikami, jak reżyser z aktorami.

Najpierw jednak na wieczorku poetyckim Juana słychać jego deklarację dotyczącą doboru słów, pozornie zwykłych, ale ustawionych obok siebie w sposób znaczący. Tak samo dla Reygadasa kino, utworzone z obrazów, dźwięków i emocji, ma być snopem światła wydobywającym z mroku maleńki wycinek rzeczywistości. Dlatego reżyser bawi się najprostszymi zabiegami w zaskakujący sposób, na przykład wyciszając zupełnie dźwięk podczas dialogu lub zmieniając voice-over bez zmiany perspektywy kamery. Dlatego pokazuje scenę zabicia jednego zwierzęcia przez inne z dokumentalnym realizmem, by znienacka podkreślić kolorowe odblaski, które przypominają, że oglądamy tylko film.

Panoramiczny ekran odsyła tym razem do dawnej funkcji panoramy malarskiej – instalacji złożonej z odpowiednio oświetlonej akcji i pierwszego planu rzeczywistych przedmiotów, które pomagają widzowi „wejść w obraz”. Np. dzbanki wiszące na płocie Jana Styki i Wojciecha Kossaka wciągają nas głębiej w bitwę pod Racławicami. Tyle że Reygadas czyni historią powszechną coś, co jest prywatne. Przecież codziennie toczymy nasze wojny, ważniejsze dla nas niż te, o których uczymy się na lekcji historii.

Bitwa, jaką maluje przed nami Reygadas – przy pomocy autorów zdjęć, Diego Garcii i Adriana Durazo – jest przede wszystkim bitwą w człowieku, toczoną przez pychę i oddanie, zaborczość i swobodę, egotyzm i otwarcie na potrzeby innych ludzi. Ścierają się tu sprzeczności, co jest znakiem rozpoznawczym reżysera, lubiącego gwałtowne spiętrzenia, kontrast i ekstrapolację, czyli przewidywanie tego, co może się stać w nieznanych warunkach, na podstawie obserwacji rzeczywistości. Bierze w filmie pod lupę małżeństwo z 15-letnim stażem, gromadką dzieci i wysokim statusem społecznym. Jaki mechanizm wytworzą między tymi dwojgiem rutyna, obsesja kontroli i poczucie wyższości? Łatwo sobie wyobrazić, a jednak rozwój wypadków jest zaskakujący.

Natalia López

Stawiając temat seksu i moralności w centrum kolejnego filmu – tak samo jak w „Japon”, „Bitwie w niebie”, „Cichym świetle” i „Post tenebras lux” – reżyser nie próbuje ani prawić kazań, ani kogokolwiek podniecić. Chyba że do myślenia, od którego trudno się uwolnić po seansie.

Tyle że myślenie, o jakie chodzi Reygadasowi, to nie rozwiązywanie zagadki filmu, szukanie klucza, który zostawiłby w nim sam autor. Kino według niego to materiał do obserwowania, a nie dekodowania. Panorama, jaką tworzy na naszych oczach, początkowo wygląda znajomo – ot, zdrada małżeńska, a może i trójkąt – lecz z czasem zyskuje coraz więcej niuansów. Jedna scena, pozornie niepowiązana z główną intrygą, pokazuje bohatera z wizytą u umierającego przyjaciela żegnanego przez grono kochających osób. Juan płacze przy łożu śmierci, ale bynajmniej nie z żalu za kolegą, lecz dlatego, że mu zazdrości bycia kochanym. Pablo gwałtownie gaśnie, ale jest, w przeciwieństwie do Juana, ufny, wdzięczny i spokojny.

Symbole krążą po tym filmie, przybierając różne znaczenia. Kilkakrotnie w kadrze pojawia się podwozie pojazdu, szczegóły maszynerii jadącego auta i lądującego samolotu – Juan wyobraża sobie wtedy przyjemność Ester doznawaną z innym mężczyzną. Czy w życiu tej pary namiętność jest motorem? Czy może tematem zastępczym wobec braku bliskości?

Ponieważ nie o zbieżność z życiem twórcy tu chodzi, lecz o szerszą diagnozę społeczną, „Nasz czas” można odbierać jako obraz świata w stanie skrajnego narcyzmu, który każe każdemu być najważniejszą figurą na planie zarówno własnego, jak i cudzego życia. Być cały czas w centrum wydarzeń, kierować pragnieniami innych i zmuszać ich do realizacji naszych fantazji, nawet jeśli zmaterializowane zmieniają się przeważnie w koszmar. Wmówiono nam, że trzeba odważyć się marzyć. Wcielamy więc w życie każde nasze „chcenie”, używając bliskich jako narzędzi do spełnienia.

Taki przynajmniej jest Juan: ktoś, kto chce myśleć dobrze o sobie samym. Dlatego gra przed sobą samym wspaniałomyślnego, światłego mężczyznę, który daje kobiecie wolność i znakomicie rozumie facetów, którzy jej pożądają. Jest tak wielkoduszny, że aż prosi kochanka, żeby traktował czule jego żonę, gdy widzi, że ta cierpi z miłości. Ustala z nim także inne szczegóły w manierystycznej korespondencji, której język jest kpiną ze sztuki epistolarnej. Mąż i kochanek wymieniają się listami niczym niedoszli kochankowie. Bo obaj się zgadzają, że kochana przez nich obu kobieta jest cudem, ale męska władza ostatecznie zatriumfuje. Patriarchat ubrany w modne fatałaszki każe pełnić z góry ustalone role. Pozorna lojalność wobec siebie nawzajem dwóch napalonych samców skazuje świat na potępienie, gdyż panowie, udając liberalizm obyczajowy i męską przyjaźń, w istocie wciąż są tylko tratującymi się bykami.

Meksykański reżyser w całej swojej filmografii śledzi bestię drzemiącą w człowieku, ale wydaje się, że tu czyni to najbardziej bezpośrednio, bez ogródek. Urzeka mnie, jak się odsłania, wykorzystując swoje życie i mówi wprost, jakie pytania zaprzątają go najbardziej. Tworzy kino osobiste i niskobudżetowe, zakorzenione w doświadczeniach establishmentu, lecz poruszające kwestie uniwersalne. Można powiedzieć, że oto Reygadas nakręcił swój „Nóż w wodzie”, swoje „Szepty i krzyki”, swoje „Oczy szeroko zamknięte”. Jednak to, co zostaje po seansie, jest bardziej niejednoznaczne i wpisane w poszukiwania, jakie reżyser prowadzi od początku kariery. Okrucieństwo, niemożność przyjęcia cierpienia, niezgoda na śmierć, zapomnienie się w rozkoszy zmysłowej – są zawsze obecne w jego twórczości. „Nasz czas” to film z długim lontem: zostawia w nas obrazy, które wybuchają po dłuższym czasie.

Jak zwykle Reygadas umieszcza też rodzaj ludzki w najszerszym możliwym planie, czyli na tle epoki istnienia życia na Ziemi. „Nasz czas” przypomina, na co tracimy chwile, gdy żyjemy. I na jakie filmy tracimy życie jako widzowie. Jego dzieło jest na tym tle odświeżającym doświadczeniem. Reygadas bowiem każe nam uważnie patrzeć. Jeśli nie otworzymy szeroko oczu, wyginiemy jako gatunek. Tylko czy tzw. uważny widz jeszcze istnieje?

ADRIANA PRODEUS

Kino nr 4/2020, © Fundacja KINO 2020

Nuestro tiempo

Reżyseria Carlos Reygadas. Zdjęcia Adrian Durazo, Diego Garcia. Wykonawcy Carlos Reygadas (Juan), Natalia López (Esther), Phil Burges (Phil), Yago Martínez (Juanito), Eleazar Reygadas (Leonora). Meksyk, USA, Dania, Francja, Szwecja, Norwegia, Niemcy, Szwajcaria 2018. Czas 177 min

Dystrybucja kinowa Gutek Film

VOD: Cineman, Vod.pl, KinoPodBaranami, MojeEKino

Skip to content