Strona główna » Recenzje » Skłodowska
Skłodowska
l~|icon_pencil-edit~|elegant-themes~|outline

Tomasz Jopkiewicz

Maria Curie niemal z furią atakuje męża po odebraniu przez niego przyznanej im wspólnie Nagrody Nobla. Widać, że tym razem rani go boleśnie, on zaś, choć ten atak przyjmuje dość spokojnie, to przecież uznaje go za wielce niesprawiedliwy. „Ja też jestem zdolny” – powiada w końcu, ledwie powstrzymując gniew. „Ale ja jestem zdolniejsza” – bez namysłu ripostuje żona. Podobnych scen, w których Skłodowska ujawnia swój wybuchowy temperament, jest w filmie Marjane Satrapi kilka. Jak choćby ta, w której bohaterka najpierw mówi uniwersyteckiej komisji, że nie chce tytułu profesorskiego na Sorbonie z łaski, niejako w spadku po zmarłym tragicznie mężu, ale chwilę potem oświadcza, że weźmie to, co jej się słusznie należy.

W przeciwieństwie właściwie do wszystkich poprzednich biograficznych filmów o Marii Curie mamy wreszcie wrażenie, że obcujemy z pełną sprzeczności osobowością, a nie z mozolnie ożywianym i pracowicie humanizowanym pomnikiem. Ikoną nauki czy feminizmu albo niemal bohaterką swoistej komedii sentymentalno–romantycznej ze smutnym nieco zakończeniem, jak to było w przypadku klasycznego hollywoodzkiego filmu, „Madame Curie” (1944) Mervyna LeRoya z Greer Garson. Portret wychodzący ze starych ram to największa zaleta filmu Satrapi, która przyznała, że temat był jej bliski, bo Curie była dla niej ważnym wzorcem, który zresztą podsunęła jej własna matka.

„Skłodowska” czy raczej „Radioactive” (polski tytuł budzi niestety skojarzenia z nudą filmowego bryku dla szkół) wywołał jednak bardzo zróżnicowane reakcje krytyki. Bardzo charakterystyczna jest wyjątkowo gwałtowna w tonie recenzja z „Guardiana” autorstwa Charlesa Bramesco, który twierdzi, że film Satrapi to wręcz żenujący przykład swoistego filmowego podgatunku, w którym pop-feministyczna dydaktyka wypełnia po brzegi cały utwór fałszem nie do zniesienia, a bohaterka staje się karykaturą kobiety, która wie, czego chce, i nie zawaha się tego osiągnąć.

Owszem, można się w tym utworze dopatrzeć pouczeń, ale raczej na innym polu. Satrapi dokonała dość ryzykownych zabiegów rodem z powieści graficznej: na przykład tłumaczy pokrótce w nieco podejrzanie efektownej animowanej sekwencji przypominającej film edukacyjny mechanizm i cele badań małżeństwa Curie. A potem – jeszcze bardziej bezceremonialnie – każe widowni (a nawet samej Marii) skonfrontować się z odległymi w czasie skutkami tych odkryć. Tak, to trochę pachnie szkolnym wykładem „na przykładach”.

Sam Riley i Rosamund Pike 

Warto jednak zwrócić uwagę na treść wywodu. Może jest ona i nieco banalna, ale przez kino rzadko podejmowana. Powtarzana tu konsekwentnie myśl brzmi: każde wielkie odkrycie wnet ukaże swe ograniczenia, może zostać użyte zarówno do celów złych (bomba atomowa), jak i wielce pozytywnych (radiologia). Pychą i przesadnie optymistyczną naiwnością jest uważać (jak to czynił Pierre Curie), że nauka to same dobrodziejstwa, a ludzka przedsiębiorczość i pomysłowość sprawią, że wielkie odkrycia posłużą jedynie dobrej sprawie.

Satrapi ukazuje załamanie tego dziewiętnastowiecznego scjentystycznego paradygmatu. Sugeruje, że Maria zdawała sobie sprawę, iż jej działania mogą nieść także opłakane skutki. A jednocześnie udało się w tym filmie oddać owo dość już zapomniane poczucie gorączkowego pędu ku odkryciom, przymus parcia naprzód, związany także z wysiłkiem czysto fizycznym, w sekwencjach pracy w laboratorium ukazanym zaskakująco wiarygodnie. Głównym jednak atutem filmu jest uchwycenie wiarygodnych relacji pomiędzy postaciami. Złożonego charakteru Marii, który nie wybrzmiałby tak sugestywnie, gdyby nie występ Rosamund Pike.

Aktorka zdołała oddać sprzeczne emocje i paradoksy postępowania swej bohaterki. W wielu scenach potrafiła płynnie przejść od nieśmiałości do dumy, od flirtu i niemal uległości do zdecydowania, od arogancji do poczucia bezsilności. Gra nie tylko wyrazistym spojrzeniem, ale i niespodziewanie gwałtownym gestem, zmienną tonacją głosu, mową ciała, bezwiednie uwodzicielskiego, to znów śmiertelnie znużonego. To rzadkość w filmach biograficznych, które jakże często popadają w zdawkowość i w mętną, upoetyzowaną ilustracyjność, co zdarzyło się choćby w niedawnej „Marii Skłodowskiej-Curie” (2016, reż. Marie Noëlle) z Karoliną Gruszką.

Oprócz pewnie poprowadzonej historii miłosnej Marii i Pierre’a, która tylko chwilami zahacza o melodramat, jest w utworze Satrapi jeszcze jeden równolegle rozgrywany wątek, związany z córkami Marii, zwłaszcza z Ire`ne, a mówiący o niekonsekwencji uczuć. Po zabawnej scenie, w której Curie przy obiedzie surowo egzaminuje kandydata na przyszłego męża córki z jego osiągnięć naukowych, następuje scena liryczna – Maria zabrania Ire`ne wiązania się z naukowcem, by nie spotkał jej podobny los, jaki jej samej przypadł w udziale. A za jakiś czas widzimy, że matka jako oczywistość traktuje fakt, iż latorośl absolutnie zlekceważyła jej rady i zakazy.

Niezbyt modna czułość, wyzbyta przy tym czułostkowości – oto nić wiążąca wszystkie filmy Satrapi, od słynnego „Persepolis” począwszy. Przecież nawet kręcąc brawurową czarną komedię „Głosy” (2014) potrafiła wzbudzić sympatię widzów dla chorego psychicznie i dość przerażającego bohatera. Udało się to jej i tym razem, w tej trudnej konkurencji, jaką jest film biograficzny. Na ekranie wreszcie pojawiła się Maria naprawdę godna zapamiętania i zrozumienia. Osoba, nie posąg.

TOMASZ JOPKIEWICZ

Kino nr 3/2020, © Fundacja KINO 2020

Radioactive

Reżyseria Marjane Satrapi. Scenariusz Jack Thorne na podstawie powieści graficznej Lauren Redniss „Radioactive: Marie & Pierre Curie: A Tale Of Love And Fallout”. Zdjęcia Anthony Dod Mantle. Muzyka Evgueni Galperine, Sacha Galperine. Wykonawcy Rosamund Pike (Maria Curie), Sam Riley (Pierre Curie), Aneurin Barnard (Paul Langevin), Anya Taylor-Joy (Irene), Simon Russell Beale (profesor Gabriel Lippmann), Tim Woodward (Alexandre Millerand). Wlk. Brytania – Węgry 2019. Dystrybucja Monolith Films. Czas 109 min

Dystrybucja kinowa Monolith Films

Skip to content